piątek, 30 lipca 2010

seems every path leads me to nowhere. to cause this wake, I gotta wake no more. and don't fuck with me again..

przeklinam cię, ciało..

jakże kruchy jest mój świat. kroczę drogą ku ciemności, choć jestem tak spragniona światła. ona odmawia przyjmowania posiłków, mechanicznie, nie widząc oczyma wyobraźni ludzi dotkniętych głodem, wyrzucam jedzenie. nie stać mnie na ani jedną łzę.

musiałam otrzeć się o śmierć, by rodzicielka wreszcie umówiła mnie na wizytę z psychologiem. ciocia s. mówi, że jestem dobra i empatyczna. że mam w sobie megatony siły.. i choć jej ufam, nie potrafię uwierzyć. widzę siebie jako egoistyczną, zimną sukę, która wlecze swój parszywy, wychudzony zad przez ulice opętując ruchem bioder mężczyzn, by potem posłać im zabójcze spojrzenie. widzę tą, która mija ostentacyjnie pijaną matkę, wyciąga jej papierosy i zaszywa się w swojej norze. wreszcie widzę tchórza, egocentryczkę niezdolną do prawdziwej przyjaźni..
 
terapia rodzinna ma być rozwiązaniem problemów z alkoholizmem matki, a co za tym idzie pokonania mojej anoreksji. jej łatwo jest się wyprzeć, zagubiona odmawia współpracy nalewając kolejną szklankę taniego łyskacza.

nie chcę drugi raz przechodzić przez to piekło, nie chcę w nim utkwić na wieki. lecz każda ze znanych dróg wiedzie w mrok.. otaczam się nim coraz ciaśniej, stąpam pośrodku korowodu kłamstw, błagając o neuroleptyki, bez których nie jestem w stanie żyć.

dieta na dziś: 30 deko kapusty kiszonej - 35 kcal, szklanka soku 150 kcal, łyżka szpinaku 5 kcal? cola light, mentolowe slimy, herbata.. ah, i sałata, cała godzina zbawiennej sałaty.

przepraszam cię, ciało...

czwartek, 29 lipca 2010

open fire, on my knees desires, what I need from you? for as long as you're here, we are not.. but I need u now somehow, I love you to the bones.

ona jest tu znowu. delikatnie mości się w moim umyśle gotowa znów zabić. wczoraj przypadkiem przegięłam z psychotropami, chciałam po prostu przespać depresję, zwalczyć bezsenność. osłabiony, wygłodzony organizm napojony alkoholem wzniósł rebelię. padłam na łóżko i nie mogłam się dobudzić, przelatując matce przez ręce zapadłam w dwunastogodzinny sen.. który mógł trwać wieczność.

przeciwlękowe, różowe pigułki na uśmiech pozwalają zachować mi spokój. piszę te słowa i trzęsą mi się dłonie. dziś ważę 53 kilogramy. czerpię ciepło z hektolitrów zielonej herbaty.. jednak czuję strach. tak podły i wszechogarniający.

nigdy nie chciałam się odchudzać, zawsze chciałam się zabić, zabić kobietę w sobie. mam kości na wierzchu i serce noszę na dłoniach, lecz nikt nie weźmie mnie za rękę i nie zaprowadzi do psychiatry. alkoholiczka ignoruje moje prośby, a ja nie mam skąd wziąć pieniędzy.

dziś zjadłam kompletne nic. nic, jeżeli nie liczyć kilku kiszonych ogórków (25kcal) i dwóch szklanek niskokalorycznego napoju - 13 kcal na 100 mililitrów. zielona i czerwona herbata to przecież nic. nie mogę, nie mogę.. a chciałabym.

open fire. the woman is perfected, her dead body wears the smile of accomplishment. the moon has nothing to be sad about.

ostatnią jesień spędziłam łykając peritol, podobna do martwego embrionu zawiniętego w pomarańczowe łono szpitalnego płodu. płakałam w gabinecie durnej psycholog, która potrafiła tylko kiwać głową nie dając żadnych rad. przytyłaś dziesięć kilo, trzymaj wagę 48 kilogramów, masz tu gówniane placebo prozacu i tabletki na strach. anorexia nervosa, dysmorfobia, śmierć.

ciało, które przeklnęłam odgrażało się przeraźliwym uczuciem chłodu i bólami najmniejszych nawet mięśni. we wrześniu siadałam w szkolnej ławce i płakałam ukradkiem na lekcjach. ludzie pytali, co ze mną, wyglądałam przecież jak szkielet ważący czterdzieści kilo. nie wiedziałam co mi jest. ona wraz z bulimią towarzyszyły mi od pięciu lat, nie zyskując imienia. okresowe rzyganie i głodówki, ale to nic w porównaniu z tym co nastąpiło wiosną dwa tysiące dziewięć, w siedemnastym roku mojego życia.

jestem szarooką, farbowaną na ciemny brąz dziewczyną z pozornie dobrego domu. moi alkoholicy rozwiedli się, gdy miałam sześć lat. przypieczętowane zostało to 23 grudnia podczas wspólnego ubierania choinki, wyjebali ojca z domu. następnego dnia przy wigilijnym stole nie czekałam na prezenty, a na tatę. nie pojawił się, nie widziałam go dwa tygodnie. potem czasami pojawiał się przelotem, by w końcu przepaść gdzieś na rok nie dając znaku życia. wylałam za nim tyle łez. odizolowałam się od rówieśników i pielęgnowałam niczego nieświadoma swe szaleństwo.

uczennicą byłam wzorową, przy zerowym nakładzie pracy osiągałam średnią 5,5. matka zapracowana nie miała dla mnie czasu, rosła w niej depresja, topiła smutki w kieliszku, lecz te cholerstwa nauczyły się pływać. wychowywali mnie dziadkowie.. pewnego dnia wszystko pękło. w brutalny sposób wyrzucono mą rodzicielkę z pracy, porzucił ją kochanek. wtedy TO zyskało swe imię: alkoholizm. nie chciała podjąć leczenia, do dziś nie akceptuje swojej choroby. teraz leży za ścianą kompletnie najebana i śpi, unosząc się gdzieś w chemicznym piekle. ma pracę, ma partnera, który o niczym nie wie..

w gimnazjum przeszłam piekło próbując odnaleźć się wśród rówieśników, jakimś cudem poznałam chłopaka, z którym spędziłam cztery lata. i to były czasy imprezowania, łażenia w ciężkich glanach, czasy grunge'u. i seksu.. który znienawidziłam od pierwszego razu. nie chcę o nim pisać, dziś nie spojrzy na mnie, gdy mijamy się na ulicy.

wracałam z najlepszej szkole w rejonie, z klasy pełnej osób z normalnych rodzin. uczyłam się, piłam i paliłam. matka piła na umór. potem przyszły czasy liceum, problemy w związku. i tak oto pewnego dnia przestałam jeść. chudłam, niknęłam w oczach.. nikt nie widział. nikt.

do tego, że jestem anorektyczką przyznałam się sama przed sobą dwa tygodnie przed tym jak zamknęli mnie w szpitalu.ważyłam 38 kilo przy wzroście 175 cm. nie miałam siły wstać z łóżka, przejść sto metrów do sklepu po fajki.. wyznałam matce prawdę.


wiodę żywot regularnej wariatki na zakratowanym oddziale, sztucznie tuczona na peritolowym apetycie. za dnia wszyscy dzielimy się w kiblu cudem przemyconymi papierosami, a wieczorami wieszamy się tam na wężu od prysznica.

cała jestem utkana ze szmat, ochłapów piękna z niedostępnych dla moich rąk kramów próżności. z nudów dostrajam swoją wyobraźnię tak, by móc oglądać obrazy wyświetlane na ścianach, filmy nadawane na kanale obłędu. po pewnym czasie zaczynam się nawet śmiać, z wytrzeszczonymi oczyma łażę szurając kapciami po podłodze i coraz mniej wyglądam jak anorektyczka. tyję jakby to miało wszystko zmienić, jakby to był powód, żeby znowu się uśmiechać. jestem pół-trupem, bez serca, duszy i bez wagi. na polskim uczę się o bólu istnienia, czuję się córką Wertera i wszystkich poetów wyklętych na raz. ale też czuję, że pora się podnieść i przestać umierać.


widziałam ludzi pozapinanych w pasy, dostawałam różowe tabletki na uspokojenie i płakałam u psychologa. teraz znów obiecuję, że będę grzeczną dziewczynką, jednak wyskrobuję swoje imię nad łóżkiem, znaczę teren na wypadek jakbym miała tam kiedyś wrócić. bo do psychiatryka z reguły się wraca.

fragment mojego drugiego bloga: www.radioactivedrug.blogspot.com nie mam siły opisywać tego raz jeszcze.

po wyjściu z psychiatryka rozstałam się z p., który okazał się cholernym dzieckiem, nie miałam w nim żadnego oparcia i miał do mnie same pretensje. byłam ślepa, przerażona osamotnieniem a on ciągnął mnie do łóżka, izolował od znajomych innych, niż ci wspólni.

powoli stawałam na nogi, wróciłam do szkoły i mając miesiąc na odrobienie zaległości z całego semestru ukończyłam go ze średnią cztery. teraz nie wiem skąd miałam na to tyle sił.. stopniowo tyłam, w końcu anoreksja, co jest bardzo częste, przerodziła się w bulimię. wyłam z głową w muszli klozetowej.. upijałam się i łykałam mój ulubiony narkotyk, acodin. leżałam w łóżku przez całą wieczność słuchając sludge'u i post metalu. pewnego dnia poznałam m.

poszłam z nim do łóżka drugiego dnia znajomości, kompletnie pijana skurwiłam się z o dekadę starszym kolesiem. nigdy nie byliśmy parą, nie było mowy o miłości. ale zima należała do nas. przy nim nauczyłam się jeść, upijać, a nie zalewać w trupa i świetnie się bawić. lecz chemia zaczęła dogasać, znajomość rozluźniać się. i choć do teraz sypiamy ze sobą, rozmawiamy.. to już chyba tylko po to, by zapewnić sobie pozory bliskości.

ana wróciła pewnej bezsennej nocy. nie mogę jeść od miesiąca, od tygodnia nie miałam w ustach nic poza papierosowym dymem i kilkoma miętowymi gumami...

piszę to ku przestrodze. ona jest chorobą, nie przyjaciółką. ja podpisałam pakt ze śmiercią, wytatuowany czerwienią bransoletki na nadgarstku. dzięki niej nie schudniesz, zdechniesz nie pamiętając swego imienia na oddziale szpitala psychiatrycznego..