niedziela, 31 października 2010

czwartek, 26 sierpnia 2010

I push my fingers into my eyes, it's the only thing that slowly stops the ache. jesus, it never ends 'cause I cannot kill what I did not create. tell me the reality is better than the dream 'cause all I've got is insane

ze mnie właściwie nie zostało już nic, pijacki śmiech wariata. było wszystko, nie ma nic. wieje zimny wiatr, otwórz oczy - nie istniejesz.

jestem winna wszystkiemu i przed wszystkimi winna, choć nikt nie widział mnie nagiej i nikt nie ma żadnych racjonalnych zarzutów, by wydawać swe sądy.. wszystko co mogę to walczyć, a na walkę brakuje wiary i sił. naprawdę jestem niewinna, to ona, zbierzcie ją i pozwólcie mi żyć... ta dzika satysfakcja, kiedy pod koniec dnia ana gładzi mnie po główce i syczy wprost do ucha, że to bardzo dobrze, że nic nie zjadłam, że wcale nie jest aż tak źle.

od teraz powinnam tylko przybierać na wadze. plateau, sigma, alfa, euforia. mam wysoki współczynnik ryzyka, czemu wciąż mnie dotykasz? dziś jest za późno, jutro też będzie, bo na końcu żadnego z tysiąca tuneli nie ma światła.

czuję własną niemoc, wszechogarniającą...

piątek, 20 sierpnia 2010

the fallen art of suicide

zamkną mnie, znowu przymkną, utuczą i z tym wszystkim zostawią samą. otumanią lekami, zwiążą pasami i dokarmią kroplówkami. bo już nie wiem co robić, już nie mam pojęcia jak z tą kurwą sobie radzić. zostały mi dwa kilo zapasu i dwa tygodnie do wizyty u lekarza, za samobójczą i dwa miesiące niejedzenia mogę tyko kłamać. mogę ukrywać własną chorobę, przynosić jej kubki gorącej herbaty, kłaść do łóżka i na spokojny sen podawać żyletki.

wyglądam normalnie, a we łbie mam taki syf, który zmieniłby zapis nawet najdokładniejszego eeg. rozpłaczę się i będę za nią przepraszać. znów budzę się rano zmęczona, znów konam na twoim ołtarzu, czy chcesz czegoś więcej niż mojego życia?

sucha skóra, wypadające na potęgę włosy, absolutny zanik głodu i żałosny strach przed najmniejszym posiłkiem. jest zimno i śmieję się z samej siebie.
nie ma mnie, wegetuję i gryzę. nie istnieje, ona przejmuje kontrolę. każdy sen jest koszmarem. nie pamiętam co to znaczy jeść - od kilku lat każdemu posiłkowi towarzyszy anoreksja bulimiczna.

środa, 11 sierpnia 2010

god damn, I burned my hands. can you se, there's a little spot of light in me. I feel unreal, you fucked me behind this garden.

długie, samotne noce walki sprawiają, że staję się wychudzonym cudeńkiem, modelką od zdjęć ociekających brudem grandżu i seksem. anoreksja sprawia, że staję się kurwą, choć wiem jak bardzo nie powinnam sprzedawać się za te ochłapy uczuć. ekstaza i pożądanie, zobacz, nie zaprzeczysz mojemu istnieniu.

żołądek wrzeszczy i kurczy się niemiłosiernie. zaczynam płakać, znów muszę grać w twym teatrze, ano. dla ciebie kurwię się pod czujnym spojrzeniem jego smutnych, wciąż szarozielonych oczy. a potem kurwię się jeszcze raz, karmiąc się każdym kłamstwem niebieskich oczu i właściwie jest mi tak dobrze.

mam imię dysfunkcji i już tylko bywam, ulotna i krucha jak mgła opętująca cię pośród mroku. bezdomna kulę się w brudnej pościeli. jest mnie pięćdziesiąt kilo, cudo twego pożądania. krótkie chwile triumfu, samolot, który zaraz się roztrzaska właśnie wystartował, jestem pilotem, pasażerem i paliwem. jestem katastrofą.

bóg jest martwy, nie pokładaj w nim nadziei. ana sprawia, że na powrót staję się agresywną kocicą broniącą dzieci zrodzonych z długotrwałego związku z szaleństwem. mają swoje imiona, wszystkie są chore, wszystkie tak moje.. zabiję nawet miłość. jest mi tak dobrze, gdy mam przy sobie broń.

czwartek, 5 sierpnia 2010

it's a long, lonley journey from death to birt. smells a taste of all we waste could feed the others. I know I'll never know until I come face to face, wwith my own cold dead face, with my own wooden case.

kłócę się z własnym umysłem o śniadanie, obiad i kolację. o każdy pierdolony posiłek. możemy umrzeć już jutro, lecz dziesięć procent śmiertelności nie będzie wyryte na naszych nagrobkach. i choćby przepierdolić w bólu całe życie, mimo wszystko, warto żyć.

przez kilometr woda unosi me ciało. nie wiem jak wynurzyć się na powierzchnię. łykam ostatnie czerwone pigułki i boję się następnego dnia.

jest mnie mniej, po kawałku wycinam serce, warczę i gryzę. tu nie ma nic, nie podchodź bliżej. nie musisz płakać, teraz już tylko piekło. zarażam miłość malując czernią słońca, księżyc już nie chce słuchać mego skowytu. łaszę się u stóp nieba, na jego firmamencie nie ma mej gwiazdy.

i opuszczą cię wszyscy aniołowie, igły przebiją skórę zaszywając powieki, dwa tysiące stopni zamieni ciało w popiół. wtedy nie będziesz ważyć nic, wraz z wiatrem ulecą wspomnienia i nikt nawet nie zapłacze.

wtorek, 3 sierpnia 2010

are you ready to know my frustration? know me broken by my master.. I'm trying to be above, over you'll be standing above.

wieczory grożą psychiatrykiem. dzień dobry, wyglądam normalnie z lekką niedowagą nikt przecież nie będzie kazał mi tyć i nie zamieni mnie trzema porcjami codziennych tabletek w bulimiczkę. szukam sponsora: potrzebuję psychologa.

stałam się cieniem, cały obłęd przekształcam w setki koślawych znaków całymi godzinami waląc w klawiaturę.

ruchome piaski szaleństwa pochłaniają więcej odkąd tylko zaczęłam walczyć. dociąża mnie brzemię diagnozy. wypalam dwudziestego papierosa.

pierwsze żarcie od miesiąca zakończone napadem bulimicznym. wszystko, czego pragnę to spać, przespać ból i wstyd. podobno muszę być grzeczną dziewczynką..praktycznie nie staję na wadze, nie ma ona dla mnie znaczenia. jednak dobrze jest zobaczyć, że spadła, choć kpi sobie ze mnie, bo zrzucenie czterech kilogramów to niewiele w stosunku do tego ile ostatnimi czasy jadam.

to nic, że dziś jesteś ponad mną, że imię śmierci, ano, nie uwierzysz, gdy wypierdolę cię na zbity pysk.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

come closer and you will see: I drink myself to sleep, the devil is still alive and jesus will not arise. I need another drink. I'm so dead on my own, feels so dead on my own

kalekie ciało wylewa z siebie potoki łez wprost do sedesu. żołądek wrzeszczy, nie wiem czym uciszyć jego krzyk. odstraszam na kilometr i zostaję sama. sama z nią, w jej dłoniach jestem kukłą, pociąga za sznurki i nie pozwala oddychać.

"To jest tak, jakby przeszkadzał mi każdy centymetr ciała. Nie wiadomo co ze sobą zrobić, chciałoby się gdzieś uciekać, gdzieś się schronić, a wiadomo, że tam też nie będzie dobrze. Że już nigdzie nie będzie dobrze i stamtąd znowu będę chciała uciekać" - Statki, które mijają się nocą.

listopad 2006:

Walę głową w mur i wszystko mnie męczy. Czasami, kiedy idę ulicą mój umysł ogarnia strach, ogromny. Boję się tego, że za chwilę zostanę skopana, nie mam pojęcia skąd to się we mnie bierze. Gubię się pośród własnych urojeń. Strach przed jutrem jest wszechogarniający, teraz leżę w łóżku i choć wiem, że nikt nie przyjdzie by zadręczać mnie bzdurnymi wymaganiami codzienności, nie uśmiecham się, nie mam żadnej broni.

Życie najpierw powala mnie na ziemię, rani i obrzuca błotem, potem dostrzegam światło i pełznę do niego, gdy jestem już blisko, gdy ogrzewa mnie jego ciepło nagle dogasa zostawiając mnie ślepą pośród martwego miasta.

pisząc to nie miałam pojęcia, nie wiedziałam.. jak, kurwa, mogłam nie wiedzieć?

chcę żyć bez niej.

you came back as fire.rape me, hate me, waste me my death.. do and do it again. I'm anemic royalty and I miss a comfrot in being sad.

śnię wielką ucztę brutalnie przerwaną przez wytrząsający najmniejszą namiastkę chemicznego spokoju dwugodzinny ogień, wreszcie gaszę ostatni płomień trawiący me wnętrzności zbawiennym ciepłem herbaty i hektolitrami przesłodkiej wody. dziś chcę wreszcie coś zjeść, niech przestaną ścigać mnie psychiatrzy dźwigający wielką, przeklętą pigułkę peritolu.

wszystko co widzę jest urojeniem, fałszywą halucynacją rozkładającego się mózgu. z błękitu porannego nieba spadają na mnie bomby, przeraźliwe wycie syren sprawia, że na powrót zamieniam się w konający embrion, wpełzam z powrotem do łóżka i tak trwam cały dzień.

masz rację, cukierqu, marna ze mnie bohaterka. lecz wytrzymaj choć minutę pod moją skórą, wtedy razem trafimy na oddział zamknięty. chcę twej słodyczy, zdruzgotanej, choć nieprzemijającej niewinności, czystości spragnionej czystych pieszczot skóry.. nawet nie wiesz jak zazdroszczę ci azylu księżniczki, w którym każdej nocy kołysze cię do snu ciepło kociego futra.

niedziela, 1 sierpnia 2010

it comes in waves and bleeds me dry, you're killing me again.. on skinned knees we'll crawl..

tak podle skurwiona w swym pijaństwie. odszukuję łzy w kamiennym sercu i płaczę tak szczerze. wykrzykując swą prawdę, całe zło. każdą myśl znaczy grzech. przez skórę wyrzucam z siebie wczorajszy alkohol, by potem upić się na nowo. splugawiona wpełzam z powrotem do swej nory, ciało gnije w łóżku.

jakże śmieszą mnie bezbarwne skrzydła motyli, cierpiących za miliony modelek malowanych photoshopem. nikt nie ma namiastki prawa udawać chorą osobę. anoreksja sama wybiera tych, których chce zabić.

jestem tak zmęczona, że aż nie mogę spać. strach rodzi bezsenność, a wraz z nią obłęd zaciska coraz ciaśniej pętlę na mej szyi. chcę się kochać, pieścić, całować. odwiedź mnie, disorderze.

wmuszam w siebie ok. 150 kcal dziennie. ogórki i kapusta kiszona + soki. cholera.. waga wreszcie spadła, cztery kilo do granicy zero. podpisałam cyrograf zmuszający mnie do bycia czterdziestoma ośmioma kilogramami życia. bycie kobietą gwarantują mi łykane o osiemnastej zero dwa hormony, bicie serca syntetyczne witaminy.

naznaczone przekleństwem mego imienia ciało pożera samo siebie.

piątek, 30 lipca 2010

seems every path leads me to nowhere. to cause this wake, I gotta wake no more. and don't fuck with me again..

przeklinam cię, ciało..

jakże kruchy jest mój świat. kroczę drogą ku ciemności, choć jestem tak spragniona światła. ona odmawia przyjmowania posiłków, mechanicznie, nie widząc oczyma wyobraźni ludzi dotkniętych głodem, wyrzucam jedzenie. nie stać mnie na ani jedną łzę.

musiałam otrzeć się o śmierć, by rodzicielka wreszcie umówiła mnie na wizytę z psychologiem. ciocia s. mówi, że jestem dobra i empatyczna. że mam w sobie megatony siły.. i choć jej ufam, nie potrafię uwierzyć. widzę siebie jako egoistyczną, zimną sukę, która wlecze swój parszywy, wychudzony zad przez ulice opętując ruchem bioder mężczyzn, by potem posłać im zabójcze spojrzenie. widzę tą, która mija ostentacyjnie pijaną matkę, wyciąga jej papierosy i zaszywa się w swojej norze. wreszcie widzę tchórza, egocentryczkę niezdolną do prawdziwej przyjaźni..
 
terapia rodzinna ma być rozwiązaniem problemów z alkoholizmem matki, a co za tym idzie pokonania mojej anoreksji. jej łatwo jest się wyprzeć, zagubiona odmawia współpracy nalewając kolejną szklankę taniego łyskacza.

nie chcę drugi raz przechodzić przez to piekło, nie chcę w nim utkwić na wieki. lecz każda ze znanych dróg wiedzie w mrok.. otaczam się nim coraz ciaśniej, stąpam pośrodku korowodu kłamstw, błagając o neuroleptyki, bez których nie jestem w stanie żyć.

dieta na dziś: 30 deko kapusty kiszonej - 35 kcal, szklanka soku 150 kcal, łyżka szpinaku 5 kcal? cola light, mentolowe slimy, herbata.. ah, i sałata, cała godzina zbawiennej sałaty.

przepraszam cię, ciało...

czwartek, 29 lipca 2010

open fire, on my knees desires, what I need from you? for as long as you're here, we are not.. but I need u now somehow, I love you to the bones.

ona jest tu znowu. delikatnie mości się w moim umyśle gotowa znów zabić. wczoraj przypadkiem przegięłam z psychotropami, chciałam po prostu przespać depresję, zwalczyć bezsenność. osłabiony, wygłodzony organizm napojony alkoholem wzniósł rebelię. padłam na łóżko i nie mogłam się dobudzić, przelatując matce przez ręce zapadłam w dwunastogodzinny sen.. który mógł trwać wieczność.

przeciwlękowe, różowe pigułki na uśmiech pozwalają zachować mi spokój. piszę te słowa i trzęsą mi się dłonie. dziś ważę 53 kilogramy. czerpię ciepło z hektolitrów zielonej herbaty.. jednak czuję strach. tak podły i wszechogarniający.

nigdy nie chciałam się odchudzać, zawsze chciałam się zabić, zabić kobietę w sobie. mam kości na wierzchu i serce noszę na dłoniach, lecz nikt nie weźmie mnie za rękę i nie zaprowadzi do psychiatry. alkoholiczka ignoruje moje prośby, a ja nie mam skąd wziąć pieniędzy.

dziś zjadłam kompletne nic. nic, jeżeli nie liczyć kilku kiszonych ogórków (25kcal) i dwóch szklanek niskokalorycznego napoju - 13 kcal na 100 mililitrów. zielona i czerwona herbata to przecież nic. nie mogę, nie mogę.. a chciałabym.

open fire. the woman is perfected, her dead body wears the smile of accomplishment. the moon has nothing to be sad about.

ostatnią jesień spędziłam łykając peritol, podobna do martwego embrionu zawiniętego w pomarańczowe łono szpitalnego płodu. płakałam w gabinecie durnej psycholog, która potrafiła tylko kiwać głową nie dając żadnych rad. przytyłaś dziesięć kilo, trzymaj wagę 48 kilogramów, masz tu gówniane placebo prozacu i tabletki na strach. anorexia nervosa, dysmorfobia, śmierć.

ciało, które przeklnęłam odgrażało się przeraźliwym uczuciem chłodu i bólami najmniejszych nawet mięśni. we wrześniu siadałam w szkolnej ławce i płakałam ukradkiem na lekcjach. ludzie pytali, co ze mną, wyglądałam przecież jak szkielet ważący czterdzieści kilo. nie wiedziałam co mi jest. ona wraz z bulimią towarzyszyły mi od pięciu lat, nie zyskując imienia. okresowe rzyganie i głodówki, ale to nic w porównaniu z tym co nastąpiło wiosną dwa tysiące dziewięć, w siedemnastym roku mojego życia.

jestem szarooką, farbowaną na ciemny brąz dziewczyną z pozornie dobrego domu. moi alkoholicy rozwiedli się, gdy miałam sześć lat. przypieczętowane zostało to 23 grudnia podczas wspólnego ubierania choinki, wyjebali ojca z domu. następnego dnia przy wigilijnym stole nie czekałam na prezenty, a na tatę. nie pojawił się, nie widziałam go dwa tygodnie. potem czasami pojawiał się przelotem, by w końcu przepaść gdzieś na rok nie dając znaku życia. wylałam za nim tyle łez. odizolowałam się od rówieśników i pielęgnowałam niczego nieświadoma swe szaleństwo.

uczennicą byłam wzorową, przy zerowym nakładzie pracy osiągałam średnią 5,5. matka zapracowana nie miała dla mnie czasu, rosła w niej depresja, topiła smutki w kieliszku, lecz te cholerstwa nauczyły się pływać. wychowywali mnie dziadkowie.. pewnego dnia wszystko pękło. w brutalny sposób wyrzucono mą rodzicielkę z pracy, porzucił ją kochanek. wtedy TO zyskało swe imię: alkoholizm. nie chciała podjąć leczenia, do dziś nie akceptuje swojej choroby. teraz leży za ścianą kompletnie najebana i śpi, unosząc się gdzieś w chemicznym piekle. ma pracę, ma partnera, który o niczym nie wie..

w gimnazjum przeszłam piekło próbując odnaleźć się wśród rówieśników, jakimś cudem poznałam chłopaka, z którym spędziłam cztery lata. i to były czasy imprezowania, łażenia w ciężkich glanach, czasy grunge'u. i seksu.. który znienawidziłam od pierwszego razu. nie chcę o nim pisać, dziś nie spojrzy na mnie, gdy mijamy się na ulicy.

wracałam z najlepszej szkole w rejonie, z klasy pełnej osób z normalnych rodzin. uczyłam się, piłam i paliłam. matka piła na umór. potem przyszły czasy liceum, problemy w związku. i tak oto pewnego dnia przestałam jeść. chudłam, niknęłam w oczach.. nikt nie widział. nikt.

do tego, że jestem anorektyczką przyznałam się sama przed sobą dwa tygodnie przed tym jak zamknęli mnie w szpitalu.ważyłam 38 kilo przy wzroście 175 cm. nie miałam siły wstać z łóżka, przejść sto metrów do sklepu po fajki.. wyznałam matce prawdę.


wiodę żywot regularnej wariatki na zakratowanym oddziale, sztucznie tuczona na peritolowym apetycie. za dnia wszyscy dzielimy się w kiblu cudem przemyconymi papierosami, a wieczorami wieszamy się tam na wężu od prysznica.

cała jestem utkana ze szmat, ochłapów piękna z niedostępnych dla moich rąk kramów próżności. z nudów dostrajam swoją wyobraźnię tak, by móc oglądać obrazy wyświetlane na ścianach, filmy nadawane na kanale obłędu. po pewnym czasie zaczynam się nawet śmiać, z wytrzeszczonymi oczyma łażę szurając kapciami po podłodze i coraz mniej wyglądam jak anorektyczka. tyję jakby to miało wszystko zmienić, jakby to był powód, żeby znowu się uśmiechać. jestem pół-trupem, bez serca, duszy i bez wagi. na polskim uczę się o bólu istnienia, czuję się córką Wertera i wszystkich poetów wyklętych na raz. ale też czuję, że pora się podnieść i przestać umierać.


widziałam ludzi pozapinanych w pasy, dostawałam różowe tabletki na uspokojenie i płakałam u psychologa. teraz znów obiecuję, że będę grzeczną dziewczynką, jednak wyskrobuję swoje imię nad łóżkiem, znaczę teren na wypadek jakbym miała tam kiedyś wrócić. bo do psychiatryka z reguły się wraca.

fragment mojego drugiego bloga: www.radioactivedrug.blogspot.com nie mam siły opisywać tego raz jeszcze.

po wyjściu z psychiatryka rozstałam się z p., który okazał się cholernym dzieckiem, nie miałam w nim żadnego oparcia i miał do mnie same pretensje. byłam ślepa, przerażona osamotnieniem a on ciągnął mnie do łóżka, izolował od znajomych innych, niż ci wspólni.

powoli stawałam na nogi, wróciłam do szkoły i mając miesiąc na odrobienie zaległości z całego semestru ukończyłam go ze średnią cztery. teraz nie wiem skąd miałam na to tyle sił.. stopniowo tyłam, w końcu anoreksja, co jest bardzo częste, przerodziła się w bulimię. wyłam z głową w muszli klozetowej.. upijałam się i łykałam mój ulubiony narkotyk, acodin. leżałam w łóżku przez całą wieczność słuchając sludge'u i post metalu. pewnego dnia poznałam m.

poszłam z nim do łóżka drugiego dnia znajomości, kompletnie pijana skurwiłam się z o dekadę starszym kolesiem. nigdy nie byliśmy parą, nie było mowy o miłości. ale zima należała do nas. przy nim nauczyłam się jeść, upijać, a nie zalewać w trupa i świetnie się bawić. lecz chemia zaczęła dogasać, znajomość rozluźniać się. i choć do teraz sypiamy ze sobą, rozmawiamy.. to już chyba tylko po to, by zapewnić sobie pozory bliskości.

ana wróciła pewnej bezsennej nocy. nie mogę jeść od miesiąca, od tygodnia nie miałam w ustach nic poza papierosowym dymem i kilkoma miętowymi gumami...

piszę to ku przestrodze. ona jest chorobą, nie przyjaciółką. ja podpisałam pakt ze śmiercią, wytatuowany czerwienią bransoletki na nadgarstku. dzięki niej nie schudniesz, zdechniesz nie pamiętając swego imienia na oddziale szpitala psychiatrycznego..