kłócę się z własnym umysłem o śniadanie, obiad i kolację. o każdy pierdolony posiłek. możemy umrzeć już jutro, lecz dziesięć procent śmiertelności nie będzie wyryte na naszych nagrobkach. i choćby przepierdolić w bólu całe życie, mimo wszystko, warto żyć.
przez kilometr woda unosi me ciało. nie wiem jak wynurzyć się na powierzchnię. łykam ostatnie czerwone pigułki i boję się następnego dnia.
jest mnie mniej, po kawałku wycinam serce, warczę i gryzę. tu nie ma nic, nie podchodź bliżej. nie musisz płakać, teraz już tylko piekło. zarażam miłość malując czernią słońca, księżyc już nie chce słuchać mego skowytu. łaszę się u stóp nieba, na jego firmamencie nie ma mej gwiazdy.
i opuszczą cię wszyscy aniołowie, igły przebiją skórę zaszywając powieki, dwa tysiące stopni zamieni ciało w popiół. wtedy nie będziesz ważyć nic, wraz z wiatrem ulecą wspomnienia i nikt nawet nie zapłacze.
ładnie piszesz, angry chair z tamtego drugiego bloga urzeka (taki tytuł na digarcie rzuciłaś nie?)
OdpowiedzUsuńhaha przysięgam że NIE ma o czym czytac, takie pisarskie pieprzenie idealne na siedzenie w domu
OdpowiedzUsuń